Historia ekspozycji

Aby uczcić rocznicę

Do srebrnych godów mnie i Panu Mężowi jeszcze trochę brakuje, ale 20 to też piękna – okrągła i duża – liczba, zażyczyłam sobie więc uroczystych obchodów rocznicy. Niekoniecznie w sam dzień, pierwszy weekend po wydał mi się w sam raz.
Przede wszystkim postanowiłam zwabić do domu dziecko pierworodne wyemigrowane. Udało się, dziecko wzięło urlop. Potem ostrożnie dawkowało pozostałe informacje: że leci dopiero w piątek i już w poniedziałek wraca, że ląduje w nocy z piątku na sobotę i że ląduje na Okęciu, a nie w Modlinie.

Wyjechać mieliśmy koło g. 23, ale z powodu mgły w Polsce samolot Dżu miał opóźnienie. Już pomijam stres, czy ono się nie wydłuży, ale doszła irytacja chronobiologiczna – pójść spać o 3 czy 4 nad ranem to ja w zasadzie mogę z marszu i nie planowałam drzemki, ale tu zapowiadało się na przekroczenie moich norm. Pan Mąż co prawda próbował sugerować, że mogę zostać w domu, ale wystarczyło krótkie „po moim trupie”.
Gdy tak czekaliśmy, mgła opadła, ale potem podniosła się znowu. Ale jaka! Na krótkich światłach nic nie było widać, na długich widać było kłębiącą się watę. Jak mijaliśmy jeden przydrożny słupek, to drugiego ledwo było widać. A jeszcze jest taki odcinek, że droga nie ma wymalowanych linii. Jak dobrze, że wielkie ciężarówki nie śpią w nocy, po 30 kilometrach na naszą trasę wjechał tir i jechaliśmy mu na ogonie aż do miejsca, gdzie przy drodze są światła.
Dziecko na lotnisku znaleźliśmy bez większych problemów i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Inną trasą, bo Pan Mąż wydedukował, że mgła jest od Wisły i na trasie oddalonej od rzeki będzie lepiej.
Mgła miała inne zdanie i kłębiła się jeszcze bardziej, jak mijaliśmy jeden słupek, to kolejnego nie było widać, i też były takie odcinki, że na drodze nie było linii.
Została nam już 1/4 drogi do domu, gdy pokazały się gwiazdy. Mgła opadła. Ochłodziło się, tak do -1. W sam raz na gołoledź.
W domu byliśmy o 6:15

A już koło południa trzeba było wstać. Odebrać młodsze dziecko od babci i przygotować się do Uroczystego Obiadu Rocznicowego w Restauracji.

Który to obiad udał się bardzo, bo i jedzenie pyszne, i atmosfera przemiła. Z wrażenia nawet nie pomyślałam o jakimś toaście ani o zrobieniu pamiątkowego zdjęcia.

Koszula w kratkę

Dziecko moje młodsze, płci żeńskiej, nie jest fanką mody. Odpowiedni strój codzienny to koszulka z krótkim rękawem i bluza, ostatecznie bluzka z długim rękawem. Dziecko wciąż rośnie, więc garderobę trzeba wymieniać. Niestety, praktycznie cały obecny asortyment sklepów kwitowany jest krótkim „nie”, ewentualnie starannie uzasadnionym „nie, bo nie”. W przypadku koszulek różnica miedzy „cały” a „praktycznie cały” jest wystarczająca do zakupów, ale z bluzami gorzej.
Kiedy więc dziecko wykazało cień zainteresowania inicjatywnego („a czy funkcję bluzy może pełnić koszula w kratę?”) byłam przeszczęśliwa. Koszul w kratę w sklepach pełno.
Chciałam tylko, żeby nie kosztowała majątku i nie była czarno-biała, bo ja nie umiem takich ubrań prać, białe mi błyskawicznie szarzeje, czarne blaknie, i ciuch wygląda kiepsko.
Okazało się jednak, że koszula w kratkę może mieć mnóstwo wad, które dyskwalifikują ją już na starcie, nie dopuszczając do zaszczytu przymierzenia. Do wad koszuli w kratkę zaliczają się:
1. nie taki materiał,
2. nie taka kratka, z uwzględnieniem szczegółowego podziału na:
a) nie taki kolor kratki,
b) nie taki wzór kratki,
c) nie taka kratka i już,
3. dwie kieszonki na froncie,
4. kieszonka z materiału nie w kratkę,
5. Kieszonka z haftem/nadrukiem,
6. kieszonka z ćwiekami, napami,
7. zapięcie na zatrzaski,
8. zapięcie na suwak,
9. rękawy skracane takim paseczkiem na guzik/zatrzask,
10. ogólnie koszula jest w porządku, i materiał, i kolory, i w ogóle, ale ma tutaj ten paseczek do skracania rękawów i on jest na te metalowe pętelki i gdyby to były guziki, to by ostatecznie mogła być, bo wszystko inne jest w porządku, no ale te kółeczka, to nie, zupełnie nie.

I jak już wreszcie któraś koszula przeszła ostrą selekcję i sprawdziłam na metce, że ma odpowiednią cenę, a po przymierzeniu został dobrany właściwy rozmiar, to z tej radości, że wreszcie coś dziecku pasuje, zapomniałam, że miałam być przeciwna kratce czarno-białej.
Ale warto było, bo dziecko poszło w koszuli do szkoły i zebrało pozytywne recenzje.

Koniec rewolucji

Minęła wiosna, jesień, wiosna, jesień, wiosna i znów nadeszła jesień, i wreszcie udało nam się dokończyć rozpoczętą trzy lata temu (a planowaną ho-ho! jak długo) rewolucję i wreszcie mamy wymienione wszystkie okna.
Dziś nie można ich otwierać, ale już od jutra całkiem nowe życie.

Pół życia

Dziś jest ten dzień, kiedy dłużej już jestem mężatką niż nią nie byłam.

Wróble w McDonaldzie

Po dwóch tygodniach nadszedł czas na odbiór córki. Tym razem punkt zborny był bliżej granicy, a google zaproponowało całkiem przyjemną trasę przez Kruszwicę i Gniezno i kawałek autostrady, była nawet opcja, że może uda nam się coś zwiedzić, wracając.
Z opcji nic nie wyszło, bo o ile my przybyliśmy na właściwą stację benzynową o czasie, o tyle druga strona utknęła w korkach po swojej stronie i godzinę włóczyliśmy się po lesie, który zbiegiem okoliczności akurat rósł obok stacji.
Dziecko napchane ciastkami specjalnie głodne nie było i chwała Bogu, bo z obiadu w McDonaldzie przy autostradzie musieliśmy zrezygnować: ludzi, którzy wpadli na ten sam pomysł, było tylu, że nie było gdzie zaparkować.
No to pojechaliśmy dalej i zatrzymaliśmy się już za Gnieznem. Też w McDonaldzie.
Usiedliśmy sobie na dworze, każde ze swoim hamburgerem i frytkami, a tu na ławce przy naszym stoliku siadł sobie wróbel. Ukruszyłam okruszek bułki i mu rzuciłam, z myślą, że jak każdy normalny wróbel odleci od ruchu ręki. A on złapał okruch i zjadł. Za chwilę wróbli było więcej, zjadły mi w sumie ćwierć bułki. Najśmieszniejsze było to, że jak na chwilę przerwałam kruszenie i rzucanie, to jedno najbezczelniejsze ptaszę wskoczyło nam na stolik.

A Gniezno, jak się okazuje, nie tak daleko. Może jeszcze się uda stanąć w cieniu dziesięciu wieków historii.

Dobrze być ciocią

Kiedyś ktoś mnie pyta, jak spędziłam urlop, odpowiadam: „Tour de Plac zabaw”. A dokładniej pięć placów zabaw, bo tyle zaliczyłam z moją starszą bratanicą, poza tym ZOO, siłownię pod chmurką i przedstawienie o smoku wawelskim.
Bardzo udany urlop.

Pomnik w Świebodzinie

Odwieźliśmy wczoraj Małą na wakacje u przyjaciółki. Przyjaciółka mieszka teraz ohoho, jak daleko!, a jej rodzice nie tylko zaprosili Małą do siebie, ale też zaproponowali, że wyjadą po nią. Punkt przekazania dziecka ustalili na parking pod Tesco w Świebodzinie, więc wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy autostradą A2.
Byliśmy w miasteczku sporo przed czasem, więc postanowiliśmy najpierw obejrzeć lokalną atrakcję, czyli pomnik Jezusa, a dopiero potem poszukać Tesco. Świebodzin nie metropolia, musiało dać się znaleźć dość szybko, ruszyliśmy więc na azymut w kierunku jaśniejącej w oddali figury. I trafiliśmy idealnie na parking pod centrum handlowym.
Pomnik robi wrażenie, wrażenie ogromnego „co to jest???”
Jest wielki i stoi pośrodku niczego. A dokładniej z jednej i drugiej strony ma pola, z trzeciej parking przed Tesco, a z czwartej w oddali panoramę miasteczka. Przedstawiona postać w ogóle nie przypomina Jezusa, raczej władców Gondoru. Atmosfera miejsca nijak nie skłania do myślenia o świętości, jak choćby najmniejszy kościółek, raczej do robienia efektownych zdjęć na tle. A pogodę mieliśmy idealną, czyste błękitne niebo bez jednej chmurki, niezbyt gorąco, tak w sam raz.
Najlepsze były lody w tescowym Bistro. Na obrazku wyglądały bardzo fajnie, szklanka pełna owoców, lody, bita śmietana – a na żywo jeszcze lepiej: wielka szklanka pełna owoców, lody i bita śmietana, która już się nie chciała w środku zmieścić. Małej trafiły się nawet winogrona. Uczciwie przyznaję: naprawdę dostałyśmy to, za co Pan Mąż płacił.

lody-w-Swiebodzinie

Zaklinanie pogody

Mam urlop, więc naturalne jest, że pada, szczególnie wtedy, kiedy człowiek się gdzieś wybiera.

Tydzień temu na przykład (jeszcze przed urlopem, co prawda), miałam zamiar iść na jogę w plenerze. Ale jakoś tak zimno się zrobiło, a gdy wracałam z pracy, padał deszcz. No to nie poszłam na jogę.

W poniedziałek pojechaliśmy na jagody. Jak już wleźliśmy odpowiednio głęboko w las, znaleźliśmy odpowiednio obfite pole jagodowe i zaczęłam zbierać (Pan Mąż szukał grzybów, a Mała miała focha z powodu owadów), to zaczęło grzmieć i jednak zdecydowaliśmy się wracać. I dobrze, bo zaraz zaczęło i padać, a wkrótce lało tak, że gdyby samochód miał trzeci bieg wycieraczek, to by wcale za szybko nie biegały.

Dziwaczne wygibasy nad runem leśnym sprawiły jednak, że nazajutrz niektóre mięśnie dawały o sobie lekko znać. Wystarczyło podzielić się z forumem refleksją, że wolą niebios jest, abym się nie przemęczała – i oto dziś od rana pogoda jak dzwon.

Pojechaliśmy na jagody i grzyby. Grzyby są, nie to co rok temu, ale mało fotogeniczne. Jagody za to – jak najbardziej, i są, i są fotogeniczne.
kubek-z-jagodami jagody

Idę na jogę.

The Circle

Przedwczoraj Pan Mąż zarządził rano, że wieczorem idziemy do kina. Idziemy to idziemy, tytuł mi nic nie mówił, ale komedii romantycznej się nie spodziewałam. Później doczytałam, że „The Circle” klasyfikowane jest jako science-fiction/thriller.
Moim zdaniem, ani jedno, ani drugie.
Może to było sci-fi, kiedy scenarzysta wymyślał historię, ale zanim ją sfilmowano, właściwie już nastała: Sieć nas oplata, jedno konto do wszystkiego, sekrety to kłamstwa, zero prywatności i nawet jak nie chcesz w tym uczestniczyć, to cię znajdziemy.
Może thrillerem miała być wizja korporacji, łagodnie acz bezwzględnie obcinającej indywidualność, „ale dlaczego nie byłaś na imprezie w weekend? To takie ważne, być członkiem naszej społeczności, nie chcesz nim być?”, ale o tym donoszą media, takoż o wyśrubowanych planach do realizacji i o środkach, po które sięgają ci, którzy usiłują im sprostać.

Naprawdę przerażającą sceną była samokrytyka i pranie mózgu bohaterki. Nic brutalnego, potraktowano ją łagodnie i ze zrozumieniem. Ot, wypłynęła ukradzionym kajakiem, straciła kontrolę i ledwo ją uratowano. Przyznała się do tego publicznie, na firmowym spotkaniu, a potem, popychana przez szefa kolejno dochodziła do konkluzji: jesteśmy lepszymi ludźmi, kiedy jesteśmy obserwowani, sekrety to kłamstwa. A gdy już się wydawało, że to koniec i można znaleźć jakieś pozytywy w tym przykrym zdarzeniu, porozmawiać, jak było pięknie, szef mówi, że ma niepełnosprawnego syna i filmy kręcone w różnych miejscach są jego oknem na świat. A bohaterka nie miała ze sobą kamerki. Nie mogła nie przyznać, że była w tamtej chwili samolubna.

W sumie chciałabym, żeby ten film stał się wielkim hitem, takim, który obowiązkowo trzeba obejrzeć, żeby go obejrzało jak najwięcej ludzi i żeby się nim przejęli. Tylko obawiam się, że w większości raczej utożsamiliby się z nosicielami kamerek, niż z tymi, których intymne sprawy przypadkiem trafią do Sieci i tymi zaszczutymi na śmierć przez żądnych wizji podglądaczy.
Właściwie nie mam złudzeń, to nasza najbliższa przyszłość: permanentna inwigilacja na własne życzenie.

Bez

Posadziłam wczoraj pod oknem bez.
Maluśki, kawałek patyczka i dwie gałązki z liśćmi.
Trzy tygodnie się do tego zbierałam, odkąd kupiłam, ale najpierw było strasznie zimno, potem szukałam w sklepach małej metalowej łopatki, a teraz się martwię, że się nie przyjmie, że psu go zasiusiają, kosiarze zetną, albo w ogóle źle mu wybrałam miejsce i za żywopłotem będzie mu za ciemno.
A tak by było fajnie mieć wiosną kwitnący bez pod oknem sypialni.
Trzymam za niego kciuki.

Majówka

2017-05-01 Skrwa Lewa

2017-05-01 Skrwa Lewa

2017-05-01

2017-05-02 Utrata

2017-05-02 Utrata

100 % ceny i już

Biuletyn Informacji Publicznej bywa ciekawszy niż reszta internetu, więc przetarg odpadowy mojego miasta śledziłam z zapałem godnym lepszej sprawy.
Fascynujące okazały się kolejne zmiany i publikowane w ich wyniku dokumenty.

Na przykład, kryterium „wara obcym” zmieniono na „coś trzeba wpisać”. Dokładniej, kryterium dysponowania PSZOKiem na terenie miasta miało być rozpatrywane na podstawie oświadczenia o dysponowaniu PSZOKiem w granicach miasta, który zostanie utworzony do dnia 30.09.2017r. Tymczasem we wzorze umowy (opz) zapisano: „Wykonawca zobowiązany jest do utworzenia PSZOK-u (…) najpóźniej do dnia 30 września 2017 r.”. Nie tylko ja zrobiłam wielkie oczy, bo któryś z potencjalnych wykonawców grzecznie zapytał, co miasto zrobi, jak wyłoniony wykonawca PSZOKiem nie będzie dysponował. Miasto równie grzecznie odpowiedziało, że przecież są kary umowne. Tym sposobem kryterium oceny ofert, po przetłumaczeniu z prawniczego na nasze, zyskało brzmienie „Oświadczenie, że będzie się wypełniało jeden z warunków umowy – 25%”

Potem nadszedł dzień otwarcia ofert. Zadziwili mnie oferenci… oprócz Stałych Bywalców pojawił się Ktoś Nowy, i a Stary Znajomy się znalazł. Który, jako jedyny, oświadczył, że PSZOKa mieć nie będzie. Czyżby przekalkulował i wyliczył, że kary umowne będą tańsze niż zorganizowanie? Cena, znacznie odbiegająca od innych w górę, mogłaby to sugerować. Kogoś Nowego nie kojarzę z lokalnego rynku, chociaż wiem, że działa gdzie indziej, i a do rejestru działalności regulowanej jest wpisany. Tym bardziej się zdziwiłam, że prawie wszędzie złożył najniższą ofertę.
A jeszcze bardziej się zdziwiłam, jak przyjrzałam się kwocie, jaką miasto przeznaczyło na realizację zamówienia. Półtora do trzech milionów z hakiem mniej niż najlepsza oferta.
Drżącymi łapkami otwierałam folder, w którym trzymałam różne pliki, jakie powstały, kiedy byłam urzędnikiem od śmieci, a który swego czasu gruntownie oczyściłam, zostawiając z sentymentu niektóre drobiazgi. Uff, tabelka, w której śledziłam kolejne przetargi miasta, objęta była sentymentem.
Wpisałam sobie kwoty miasta i już wiedziałam, że przetarg będzie unieważniony, bo był tylko do pomacania. Miasto oszacowało, że zapłaci za trzy lata o prawie 40% mniej, niż by wynikało z mnożenia 3 x dotychczasowy rok. Stali Bywalcy wycenili stabilność trzyletnią i trzyletnie ryzyko na kilka procent mniej niż 3x dotychczas, a najlepsza oferta sięgała 10% mniej.
Trzy dni robocze później miasto potwierdziło mój wniosek i unieważniło przetargi, a zaraz potem ogłosiło nowy, taki jak poprzedni po zmianach.

Jutro mija czas na wniesienie odwołania, więc nie mogę się doczekać wtorku.

I tylko mi smutno, że nie mam z kim o tym poplotkować, bo nikt bliski nie podziela mojej fascynacji.