Historia ekspozycji

Pomnik w Świebodzinie

Odwieźliśmy wczoraj Małą na wakacje u przyjaciółki. Przyjaciółka mieszka teraz ohoho, jak daleko!, a jej rodzice nie tylko zaprosili Małą do siebie, ale też zaproponowali, że wyjadą po nią. Punkt przekazania dziecka ustalili na parking pod Tesco w Świebodzinie, więc wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy autostradą A2.
Byliśmy w miasteczku sporo przed czasem, więc postanowiliśmy najpierw obejrzeć lokalną atrakcję, czyli pomnik Jezusa, a dopiero potem poszukać Tesco. Świebodzin nie metropolia, musiało dać się znaleźć dość szybko, ruszyliśmy więc na azymut w kierunku jaśniejącej w oddali figury. I trafiliśmy idealnie na parking pod centrum handlowym.
Pomnik robi wrażenie, wrażenie ogromnego „co to jest???”
Jest wielki i stoi pośrodku niczego. A dokładniej z jednej i drugiej strony ma pola, z trzeciej parking przed Tesco, a z czwartej w oddali panoramę miasteczka. Przedstawiona postać w ogóle nie przypomina Jezusa, raczej władców Gondoru. Atmosfera miejsca nijak nie skłania do myślenia o świętości, jak choćby najmniejszy kościółek, raczej do robienia efektownych zdjęć na tle. A pogodę mieliśmy idealną, czyste błękitne niebo bez jednej chmurki.

Zaklinanie pogody

Mam urlop, więc naturalne jest, że pada, szczególnie wtedy, kiedy człowiek się gdzieś wybiera.

Tydzień temu na przykład (jeszcze przed urlopem, co prawda), miałam zamiar iść na jogę w plenerze. Ale jakoś tak zimno się zrobiło, a gdy wracałam z pracy, padał deszcz. No to nie poszłam na jogę.

W poniedziałek pojechaliśmy na jagody. Jak już wleźliśmy odpowiednio głęboko w las, znaleźliśmy odpowiednio obfite pole jagodowe i zaczęłam zbierać (Pan Mąż szukał grzybów, a Mała miała focha z powodu owadów), to zaczęło grzmieć i jednak zdecydowaliśmy się wracać. I dobrze, bo zaraz zaczęło i padać, a wkrótce lało tak, że gdyby samochód miał trzeci bieg wycieraczek, to by wcale za szybko nie biegały.

Dziwaczne wygibasy nad runem leśnym sprawiły jednak, że nazajutrz niektóre mięśnie dawały o sobie lekko znać. Wystarczyło podzielić się z forumem refleksją, że wolą niebios jest, abym się nie przemęczała – i oto dziś od rana pogoda jak dzwon.

Pojechaliśmy na jagody i grzyby. Grzyby są, nie to co rok temu, ale mało fotogeniczne. Jagody za to – jak najbardziej, i są, i są fotogeniczne.
kubek-z-jagodami jagody

Idę na jogę.

The Circle

Przedwczoraj Pan Mąż zarządził rano, że wieczorem idziemy do kina. Idziemy to idziemy, tytuł mi nic nie mówił, ale komedii romantycznej się nie spodziewałam. Później doczytałam, że „The Circle” klasyfikowane jest jako science-fiction/thriller.
Moim zdaniem, ani jedno, ani drugie.
Może to było sci-fi, kiedy scenarzysta wymyślał historię, ale zanim ją sfilmowano, właściwie już nastała: Sieć nas oplata, jedno konto do wszystkiego, sekrety to kłamstwa, zero prywatności i nawet jak nie chcesz w tym uczestniczyć, to cię znajdziemy.
Może thrillerem miała być wizja korporacji, łagodnie acz bezwzględnie obcinającej indywidualność, „ale dlaczego nie byłaś na imprezie w weekend? To takie ważne, być członkiem naszej społeczności, nie chcesz nim być?”, ale o tym donoszą media, takoż o wyśrubowanych planach do realizacji i o środkach, po które sięgają ci, którzy usiłują im sprostać.

Naprawdę przerażającą sceną była samokrytyka i pranie mózgu bohaterki. Nic brutalnego, potraktowano ją łagodnie i ze zrozumieniem. Ot, wypłynęła ukradzionym kajakiem, straciła kontrolę i ledwo ją uratowano. Przyznała się do tego publicznie, na firmowym spotkaniu, a potem, popychana przez szefa kolejno dochodziła do konkluzji: jesteśmy lepszymi ludźmi, kiedy jesteśmy obserwowani, sekrety to kłamstwa. A gdy już się wydawało, że to koniec i można znaleźć jakieś pozytywy w tym przykrym zdarzeniu, porozmawiać, jak było pięknie, szef mówi, że ma niepełnosprawnego syna i filmy kręcone w różnych miejscach są jego oknem na świat. A bohaterka nie miała ze sobą kamerki. Nie mogła nie przyznać, że była w tamtej chwili samolubna.

W sumie chciałabym, żeby ten film stał się wielkim hitem, takim, który obowiązkowo trzeba obejrzeć, żeby go obejrzało jak najwięcej ludzi i żeby się nim przejęli. Tylko obawiam się, że w większości raczej utożsamiliby się z nosicielami kamerek, niż z tymi, których intymne sprawy przypadkiem trafią do Sieci i tymi zaszczutymi na śmierć przez żądnych wizji podglądaczy.
Właściwie nie mam złudzeń, to nasza najbliższa przyszłość: permanentna inwigilacja na własne życzenie.

Bez

Posadziłam wczoraj pod oknem bez.
Maluśki, kawałek patyczka i dwie gałązki z liśćmi.
Trzy tygodnie się do tego zbierałam, odkąd kupiłam, ale najpierw było strasznie zimno, potem szukałam w sklepach małej metalowej łopatki, a teraz się martwię, że się nie przyjmie, że psu go zasiusiają, kosiarze zetną, albo w ogóle źle mu wybrałam miejsce i za żywopłotem będzie mu za ciemno.
A tak by było fajnie mieć wiosną kwitnący bez pod oknem sypialni.
Trzymam za niego kciuki.

Majówka

2017-05-01 Skrwa Lewa

2017-05-01 Skrwa Lewa

2017-05-01

2017-05-02 Utrata

2017-05-02 Utrata

100 % ceny i już

Biuletyn Informacji Publicznej bywa ciekawszy niż reszta internetu, więc przetarg odpadowy mojego miasta śledziłam z zapałem godnym lepszej sprawy.
Fascynujące okazały się kolejne zmiany i publikowane w ich wyniku dokumenty.

Na przykład, kryterium „wara obcym” zmieniono na „coś trzeba wpisać”. Dokładniej, kryterium dysponowania PSZOKiem na terenie miasta miało być rozpatrywane na podstawie oświadczenia o dysponowaniu PSZOKiem w granicach miasta, który zostanie utworzony do dnia 30.09.2017r. Tymczasem we wzorze umowy (opz) zapisano: „Wykonawca zobowiązany jest do utworzenia PSZOK-u (…) najpóźniej do dnia 30 września 2017 r.”. Nie tylko ja zrobiłam wielkie oczy, bo któryś z potencjalnych wykonawców grzecznie zapytał, co miasto zrobi, jak wyłoniony wykonawca PSZOKiem nie będzie dysponował. Miasto równie grzecznie odpowiedziało, że przecież są kary umowne. Tym sposobem kryterium oceny ofert, po przetłumaczeniu z prawniczego na nasze, zyskało brzmienie „Oświadczenie, że będzie się wypełniało jeden z warunków umowy – 25%”

Potem nadszedł dzień otwarcia ofert. Zadziwili mnie oferenci… oprócz Stałych Bywalców pojawił się Ktoś Nowy, i a Stary Znajomy się znalazł. Który, jako jedyny, oświadczył, że PSZOKa mieć nie będzie. Czyżby przekalkulował i wyliczył, że kary umowne będą tańsze niż zorganizowanie? Cena, znacznie odbiegająca od innych w górę, mogłaby to sugerować. Kogoś Nowego nie kojarzę z lokalnego rynku, chociaż wiem, że działa gdzie indziej, i a do rejestru działalności regulowanej jest wpisany. Tym bardziej się zdziwiłam, że prawie wszędzie złożył najniższą ofertę.
A jeszcze bardziej się zdziwiłam, jak przyjrzałam się kwocie, jaką miasto przeznaczyło na realizację zamówienia. Półtora do trzech milionów z hakiem mniej niż najlepsza oferta.
Drżącymi łapkami otwierałam folder, w którym trzymałam różne pliki, jakie powstały, kiedy byłam urzędnikiem od śmieci, a który swego czasu gruntownie oczyściłam, zostawiając z sentymentu niektóre drobiazgi. Uff, tabelka, w której śledziłam kolejne przetargi miasta, objęta była sentymentem.
Wpisałam sobie kwoty miasta i już wiedziałam, że przetarg będzie unieważniony, bo był tylko do pomacania. Miasto oszacowało, że zapłaci za trzy lata o prawie 40% mniej, niż by wynikało z mnożenia 3 x dotychczasowy rok. Stali Bywalcy wycenili stabilność trzyletnią i trzyletnie ryzyko na kilka procent mniej niż 3x dotychczas, a najlepsza oferta sięgała 10% mniej.
Trzy dni robocze później miasto potwierdziło mój wniosek i unieważniło przetargi, a zaraz potem ogłosiło nowy, taki jak poprzedni po zmianach.

Jutro mija czas na wniesienie odwołania, więc nie mogę się doczekać wtorku.

I tylko mi smutno, że nie mam z kim o tym poplotkować, bo nikt bliski nie podziela mojej fascynacji.

Coś się kończy

A dokładniej – skończyło.
Dzieciątko moje Pierworodne właśnie wróciło ze szkoły ze świadectwem w garści. Ostatnim już.
Aż trudno uwierzyć, że minęło już prawie dwanaście lat od chwili, kiedy całą rodziną, z malutką Franczeską na rękach, prowadziliśmy Pisklę pierwszy raz do szkoły.
A teraz została już tylko matura – i po wszystkim.

Mam bratanicę!

Nareszcie!

Historia zimowej szminki

Na jesieni jak zwykle kupiłam pomadkę ochronną i schowałam do kieszeni kurtki. A potem do kieszeni drugiej, cieplejszej. A potem znów do pierwszej. I znów do drugiej.
Pewnego dnia ją zgubiłam. Sprawdziłam uważnie siedzenie samochodu i kieszeń na drzwiach, skąd już ją kiedyś wyciągałam. Nie było, no to kupiłam sobie nową. I schowałam do kieszeni kurtki.
Któregoś dnia w pracy rozważyłam okrutny dylemat, czy wolę tłustszą szminkę, ale trza ruszyć się cztery metry do szafy, czy jednak lepsza lżejsza wazelina, ale za to w torebce pod ręką. Wybrałam bramkę numer dwa i w małej, nieużywanej kieszonce zauważyłam pomadkę. No to jednak ruszyłam się do szafy, szminka była tam gdzie trzeba.
Czyli teraz miałam dwie.
Pewnego dnia jedną zgubiłam. Pomna doświadczeń, sprawdziłam, czy nie mam dwóch w torebce. Sprawdziłam kieszeń na drzwiach samochodu. Nie było. No to kupiłam sobie nową, bo fajnie mieć jedną w kurtce, a drugą w torebce.
Któregoś dnia wpuszczałam dziecko do samochodu od strony kierowcy, diabli wiedza dlaczego, bo już nam się to nie zdarza, uniosłam fotel, a na podłodze pod nim leżała szminka. W kurtce była, w torebce była.
Czyli teraz miałam trzy. Tę trzecią zostawiłam w samochodzie na półeczce obok kierownicy. Czasami się przydaje.
Pewnego dnia jedną zgubiłam. Pomna doświadczeń, sprawdziłam, czy nie mam dwóch w torebce. Sprawdziłam kieszeń na drzwiach samochodu. Nie było.
Na razie nie kupowałam nowej. Zima się jakby kończy.

XL

W zeszłym roku było dwudziestolecie matury (z wesołą imprezą, na której nie byłam, bo została zorganizowana w jedyny weekend, kiedy działo się coś ważniejszego), a wczoraj była pierwsza impreza z okazji 40. urodzin.
A przecież tak niedawno była pierwsza osiemnastka, chyba jeszcze nawet w miejscu, w którym kolega robił imprezę, wciąż jest jakaś knajpa. Czy myśmy wtedy coś jedli?
Teraz szanowna jubilatka zastawiła stół różnorodną masą drobnych przekąsek, zorganizowała ciepły posiłek i ciepłe napoje, zaopatrzyła się w trunki wszelakie.
Grzeczniej niż dzieci skończyliśmy imprezę krótko po północy.

Niech każdy się dowie, że dzisiaj święto…

Podoba mi się obchodzenie Dnia Kobiet w moim miejscu pracy. Panowie jakoś nie wpadli na pomysł, żeby się zorganizować, więc ci, których ta okazja rusza, działali indywidualnie i od szóstej rano zasypywali nas dowodami pamięci. Do domu wracałam z naręczem kwiatów i eklerką,a szufladę na kawę i kanapkę mam wypełnioną czekoladami i czekoladkami.
Jeszcze nigdy takiego Dnia Kobiet nie przeżyłam.

Cookie Clicker

Wczesną jesienią 2013 roku starsze dziecko podzieliło się informacją, że jest taka śmieszna gra przeglądarkowa, Cookie Clicker, klika się w ciastko, żeby zrobić ciastka, a potem kupuje różne upgrade’y, żeby jedno kliknięcie dawało więcej ciastek i żeby kupować budynki, które same będą robić ciastka, bez klikania.

I tak przez ostatnie trzy lata z hakiem w jednym z okien miałam zawsze otwartą grę, klikanie w ciastko dawno przestało mieć sens ciastkonomiczny, bo jedno kliknięcie stanowiło maleńki ułamek liczby samorobiących się ciastek – wystarczyło pilnować pojawiających się bonusowych złotych ciastek i optymalizować zakupy, żeby zdobywać kolejne achievementy.

No i właśnie zdobyłam ostatni achievement, który zależał od moich działań, bo kupiłam trzechsetny pryzmat. Zostały mi jeszcze dwa, które bardziej zależą od czasu gry niż czegokolwiek innego.

I teraz nie wiem, czy autor ma plan wypuścić kolejną nową wersję, dzięki której będzie coś jeszcze do zdobycia, czy zamknąć ciastka na zawsze ;)